Wraz z rozwojem rynku pracownika skraca się czas dostępności kandydatów. Coraz częściej bowiem zdarza się, że osoba zgłaszająca swoją kandydaturę w poniedziałek, podczas telefonu rekrutera we środę, nie jest już zainteresowana – ma inną pracę. Tymczasem rekruterzy podkreślają, że procesy poszukiwania kandydatów stają się coraz dłuższe.

Gdy rekruter rozdawał karty

Doświadczeni rekruterzy pewnie pamiętają czasy, kiedy na opublikowane w gazecie ogłoszenia (internetu nie było) aplikowała spora ilość chętnych. Rekruter wydawał się być tym, który trzymał w rękach przyszłe losy kandydata i decydował o jego karierze.

W dobie kryzysu (od 2008 roku) dyscyplina pojawiania się na rozmowach kwalifikacyjnych była wysoka, a ten kto miał już pracę, cieszył się z niej i raczej nie marudził (przynajmniej nie głośno). W niektórych firmach pracownicy odliczali ostatnie godziny pracy pod koniec miesiąca mając nadzieję, że nikt nie wręczy im wypowiedzeń. Ofert pracy było niewiele, chętnych za to sporo. Na rozmowach nie pytano o benefity i stomatologa w pakiecie.

Kandydaci czekali na decyzję i… z reguły się nie doczekiwali, ponieważ rekruterzy nie dzwonili z informacją zwrotną do odrzuconych kandydatów, mimo iż ci drudzy poświęcili rekrutacji sporo czasu. Rekruterzy rozdawali karty.

Co możecie mi zaoferować?

Gdy kryzys opuszczał Europę, firmy ze strategii przetrwania zaczęły tworzyć plany rozwoju i ekspansji. W kraju dynamicznie zaczął się rozwijać sektor BPO i SSC, zatrudniając tysiące pracowników. Rozpoczęła się era rynku kandydata – szczególnie w dużych miastach i określonych branżach.

Z jednej strony firmy zaczęły dbać o swój employer branding, tworząc ciekawą ofertę benefitów i warunków pracy. Z drugiej strony kandydaci zaczęli przejawiać nowe zachowania np. niestawianie się na rozmowie kwalifikacyjnej bez wcześniejszego uprzedzenia albo zaczynanie rozmowy podczas targów pracy z kandydatem, który rozmowę inicjuje pytaniem „Co macie mi do zaoferowania?”.

Czas to pieniądz

Znakiem czasu jest sytuacja, w której kandydat wychodząc z jednej rozmowy kwalifikacyjnej otrzymuje zaproszenie do podpisania umowy w innej firmie, w której na rozmowie był dzień wcześniej. Dla rekruterów oznacza to konieczność pracy w szybszym tempie i nierzadko większą samodzielność w podejmowaniu decyzji.

Sytuacje, w których pracownik (rekruter, menedżer) polskiego oddziału musi przygotować i wysłać opinię o kandydacie, a do tego uzyskać zgodę co najmniej jednego przełożonego z zagranicznej centrali, skazują proces rekrutacji w niektórych branżach na porażkę. Kandydat nie czeka – wybiera to, co najbardziej mu odpowiada i robi to szybko. Szczególnie, jeśli jest to młoda osoba, której przywiązanie do pracodawcy jest mniejsze niż kandydata sprzed 15 lat.

Krótszy okres dostępności kandydatów skutkuje wydłużeniem się całości rekrutacji. Jeśli osoby rekomendowane do kolejnych etapów selekcji rezygnują – rekruter nierzadko musi cofnąć się w procesie i ponownie wykonać pewną część pracy.

Biznesowa symbioza – czy to możliwe?

Dobrym efektem zmian na rynku pracy jest „obudzenie się” wielu pracodawców. Nie zmienia to faktu, że kandydaci powinni mieć świadomość, że lekceważące zachowanie może im się odbić czkawką. Środowisko rekruterów w końcu zna się nawzajem, rekruterzy też zmieniają pracodawców – kandydat może trafić na tą samą osobę aplikując w pewnym przedziale czasowym do różnych firm. Kandydat, który na targach pracy lekceważąco rozmawia z pracodawcą, raczej pracy nie dostanie. Rekruter w pierwszej kolejności sprawdza zaangażowanie i determinację kandydata do pracy, a taka rozmowa już mu wystarczy.

Każdemu uczestnikowi rynku pracy należy się szacunek – bez względu na to, czy reprezentuje stronę pracodawcy czy pracownika. Czasy się zmieniają, a cykle koniunkturalne znane są od dawna. Niezależnie od sytuacji na rynku partnerskie warunki współpracy przynoszą korzyść i jednej i drugiej stronie.

dr Anna Dolot, Ekspert HR w ATERIMA HR